wtorek, 31 marca 2015

Wymiar serialu: "American Horror Story: Freak Show" - Cyrk makabry i morderczy chichot

Tytuł: American Horror Story: Freak Show
Twórcy: Ryan Murphy, Brad Falchuk 
Sezon: 4 (niezwiązany fabularnie z poprzednimi sezonami! )
Gatunek: horror
Muzyka: James S. Levine
Polska premiera: 2014
Kraj produkcji: USA
Ilość odcinków: 13
Obsada: Jessica Lange, Sarah Paulson, Kathy Bates, Evan Peters, Emma Roberts, Frances Conroy, Denis O'Hare, Angela Bassett, Finn Wittrock i inni
Opis:

American Horror Story: Freak Show” swoją opowieść rozpoczyna w cichej, sennej wiosce Jupiter w stanie Floryda. Jest rok 1952. Niemiecka emigrantka i była gwiazda kabaretu Elsa Mars (Jessica Lange, „Błękit nieba”) prowadzi jeden z ostatnich gabinetów osobliwości w kraju. Gdy popularność jej widowiska zaczyna drastycznie spadać, kobieta postanawia odnaleźć i zrekrutować bliźniaczki syjamskie Bette i Dot (Sarah Paulson, „Zniewolony. 12 years a Slave”) - dwie różne osobowości dzielące to samo ciało."




Cyrk makabry i morderczy chichot


Od kiedy tylko w sieci zaczęły pojawiać się pierwsze pogłoski o czwartym sezonie "American Horror Story", z niecierpliwością wypatrywałam kolejnych szczegółów i informacji dotyczących jego tematyki. "American Horror Story: Asylum" to zdecydowanie jeden z moich osobistych faworytów jeśli chodzi o serialową grozę, zaś "American Horror Story: Sabat" również wspominam całkiem pozytywnie, choć prezentował się zdecydowanie lżej i słabiej, niż poprzednik. Gdy było już jasne, że tym razem Falchuk i Murphy wybiorą motyw cyrku, który to pozostawia wyjątkowo duże pole do popisu, miałam nadzieję, iż przedstawiona przez nich historia zachwyci mnie różnorodnością, bezkompromisowym, wstrząsającym         i oryginalnym podejściem do tematu, dosadnością, brutalnością oraz nastrojem bardziej przypominającym wspaniały "Asylum", niż nieco obyczajowy i rozrywkowy "Sabat". Pojawiające się z czasem plakaty i zapowiedzi tyczące się "American Horror Story: Freak Show" dodatkowo wzmocniły moje zainteresowanie produkcją, a także zwiększyły oczekiwania, jakie miałam względem niej, gdyż wprost uwielbiam klaunów i inne ekscentryczne, zakrawające o groteskę postacie w horrorach. Często umiejętnie wykreowani, nieprzewidywalni, dziwaczni bohaterowie potrafią zrekompensować mi ewentualne luki fabularne bądź też powolnie toczącą się akcję. Jak "Freak Show" wypada na tle innych sezonów? Czy spełnił moje wymagania? Co i kogo tym razem sprezentowali nam reżyserzy? Jaką rolę przyszło odegrać rewelacyjnej Jessice Lange?  




"American Horror Story: Freak Show" skupia się na wydarzeniach związanych z cyrkiem i show dziwolągów w Jupiter na Florydzie. Jest to jedno z ostatnich takich miejsc w Stanach Zjednoczonych. Na trupę składają się ci, którzy z różnych względów zostali odrzuceni przez społeczeństwo. Kiedy popularność widowiska zaczyna spadać, założycielka przedsięwzięcia próbuje pozyskać do grupy nowe dziwolągi. Wkrótce udaje jej się nawiązać kontakt z bliźniaczkami syjamskimi. Te jednak, zamiast przysporzyć cyrkowcom zysków, stają się przyczyną kolejnych problemów i kłótni. Obdarzone niespodziewanym talentem, irytują egoistyczną, zazdrosną i żądną sławy przywódczynię, doprowadzając ją tym samym do frustracji. Jakby tego było mało, obóz odmieńców obserwuje policja, a w okolicy zaczyna grasować morderca. Nawet sami artyści zmagają się z licznymi rozterkami osobistymi, mrocznymi sekretami, podstępami oraz zamieszkami, zarówno na polu zawodowym, jak i personalnym. Z powodu narastającej presji otoczenia, popadają w nałogi i nieraz poważnie rozważają opcję odejścia. Piętnowani przez mieszkańców wsi, zmagają się nie tylko ze swoimi słabościami, ale i z prześladowaniem oraz niezdrową fascynacją ze strony innych ludzi. Czy cyrk przetrwa kryzys? Jakie sekrety skrywają bliźniaczki? Kto odpowiada za masowe zabójstwa? Kogo przyciągnie do siebie gromada odmieńców?  Jak na losy nietypowych sióstr wpłynie zmiana dotychczasowego trybu życia? Jeżeli jesteście ciekawi odpowiedzi na te pytania oraz nie boicie się zatracić na chwilę w świecie wyrzutków, krętaczy, mutantów, przestępców i ekscentrycznych spektakli - obejrzyjcie czwarty sezon "American Horror Story".   




Tym razem Jessice Lange przypadła rola właścicielki cyrku dziwów niemieckiego pochodzenia - Elsy Mars. Postać jest pod pewnymi względami wtórna. To  jej największy minus. Lange ponownie cudownie sprawdza się jako silna, przedsiębiorcza liderka o wątpliwej moralności i zwyczajach. Elsa jest wielowymiarowa, czasem nieprzewidywalna, łączy ze sobą skrajne cechy, wartości. Pod maską ambitnej, altruistycznej, wielkodusznej dobrodziejki chowa drapieżnika po przejściach. Ukrywa swoje grzeszki i przewinienia, manipuluje otoczeniem. Zaślepia ją zawiść, pragnienie sławy, pieniędzy, władzy. Bywa okrutna, nieludzka, ale nieraz też zalewa się łzami, wspominając czasy dawnych przewinień, zatracając się w swojej ambicji i wielkich marzeniach. Prawdopodobnie każdy zagorzały miłośnik "American Horror Story" zauważy  tu schemat, jaki praktycznie w każdym sezonie powiela bohaterka grana przez Lange. Nie twierdzę, że jest to karygodne posunięcie twórców, niemniej jednak znacznie rzutuje na odbiór "American Horror Story: Freak Show" przez wielbiciela serii. Chętnie ujrzałabym Lange w nieco delikatniejszej, mniej dla niej typowej odsłonie.    




Murphy i Falchuk ponownie wykorzystali też wątek trójkąta miłosnego. Jimmy Darling (Evan Peters), przystojny człowiek-krab staje się obiektem westchnień zarówno sióstr Bette i Dot Tattler (Sarah Paulson), jak i "wróżki" Esmeraldy (Emma Roberts) oraz kilku innych, mniej ważnych bohaterek sezonu. Jimmy nie ma większych oporów, by wykorzystać swoją "wadę" jako zaletę, czym zdobywa sobie kolejne zwolenniczki. Nie mam żadnych większych zarzutów co do gry aktorskiej Evana, choć i tu widać pewien rodzaj powtarzalności zachowań granych przez niego postaci. Sarah Paulson dobrze sprawdza się w podwójnej, bardzo oryginalnej roli. Zarówno nieco przesłodzona, naiwna, bierna  Bette, jak i zdystansowana, ostrożna, rezolutna i odpowiedzialna Dot w jej wykonaniu prezentuje się prawie wyśmienicie. Ponadto, przedstawione niejako w opozycji do siebie siostry wspaniale ze sobą kontrastują, dodając tym samym "Freak Show" wyszukanego i świeżego posmaczku oraz napędzając tym samym większość właściwej akcji. Emma Roberts ponownie poprawnie odtwarza charakter dziewczyny, która w widzu wzbudza raczej negatywne odczucia, choć, dla odmiany, przechodzi przez pewien rodzaj przemiany i wydaje się być bardziej ludzka. Największym plusem całego sezonu są dziwaczni, barwni bohaterowie, którzy to często bardziej przerażają samym wyglądem, niż swoją osobowością, choć nie brakuje tu i całkowicie przesiąkniętych zepsuciem zwyrodnialców. Jednym z najciekawszych czarnych charakterów jest Klaun Twisty (John Carroll Lynch) - bardzo groteskowy, smutno-śmieszny, nieco tajemniczy i kompletnie oderwany od rzeczywistości. Murphy i Falchuk w bardzo intrygujący sposób ukazali jego przeszłość, tożsamość oraz wydarzenia, jakie przyczyniły się do pewnego rodzaju ogarniającego go obłędu. Nie ukrywam, że pod pewnymi względami mnie one zaskoczyły. Obok cyrkowej trupy krąży także Dandy Mott (Finn Wittrock), stereotypowy psychopata typu  Patricka Bateman'a (American Psycho), czyli świetnie usytuowany, inteligentny, ale kompletnie zdemoralizowany, na wskroś przesiąknięty żądzą krwi i wyróżnienia się młodzieniec, rozpieszczany przez swoją troskliwą matkę - Glorię (Frances Conroy). Wittrock naprawdę wybornie wyraził zmieniające się na jego twarzy jak w kalejdoskopie emocje oraz wynagrodził mi wszelkie nudniejsze momenty fabularne, sprawiając, że całą historię śledziłam głównie dzięki niemu.    




Akcja osadzona jest głównie w 1952 r. na Florydzie, ale pojawia się wiele retrospekcji do nazistowskich Niemiec i nie tylko. Momenty, kiedy fabuła cofa się w czasie są świetne i nieraz trudniejsze do przewidzenia, niż te bardziej współczesne. Klimat produkcji nieraz przypomina nieco ten z filmów klasy B. Bywa przejaskrawiony, chaotyczny. Raczej niewiele tu delikatności czy też powolnego budowania nastroju i posępnej atmosfery. Świetnie współgra z cyrkową tematyką. Cukierkowy obóz odmieńców doskonale podkreśla okoliczne morderstwa. Rozwiązania fabularne bywają bardzo brutalne, widz znajdzie tu mnóstwo obrzydliwych, mocnych, szokujących ujęć, chyba najbardziej wyrazistych w całej historii serialu. Problemy społeczne omówione przez "American Horror Story: Freak Show" znacznie bardziej przypadły mi do gustu, niż te z "Sabatu". Całość prezentuje się znacznie ciężej, dojrzalej, dosadniej i mniej obyczajowo, niż poprzedni sezon. Bohaterowie są dokładniej zarysowani, mniej stereotypowi, a także częściej mają swoje za uszami. Przeważają czarne, bądź "szare" charaktery, mniej jest tych jednoznacznie dobrych. Przez to są ciekawsze, wprowadzają większy zamęt, szokują i poruszają. Niektórym może przeszkadzać ich niesamowita groteskowość i dziwaczność, ale dla mnie stanowiła ona raczej plus, niż minus. W "Freak Show" jest znacznie więcej grozy, niż we wcześniejszej historii. Miłośnicy makabry powinni być tu bardziej usatysfakcjonowani, niźli wcześniej. Jak zwykle nie zabrakło też i licznych scen erotycznych oraz wątków miłosnych. Generalnie zostały one jednak przedstawione w bardziej wyrazisty i mniej naiwny sposób. Bardzo podobało mi się nawiązanie do legendy o Edwardzie Mordake i jego dwóch twarzach.

Tempo samej akcji bywa nieco mozolne, nierówne i czasem może nieco nudzić. Historyjki bohaterów są intrygujące, ale jest ich naprawdę mnóstwo i można się w nich trochę pogubić. Bywają chaotyczne, niemniej jednak odniosłam wrażenie, iż są lepiej dopracowane, niż te w "American Horror Story: Sabat". Również bohaterowie poboczni bardziej przypadli mi do gustu. Zdecydowanie więcej tu różnego rodzaju dewiacji, deformacji i oryginalności. Ma Petite, Pepper, Paul, lalka brzuchomówcy, człowiek-siłacz świetnie dopełniają fabułę i nadają produkcji charakteru. Zachwyciło mnie zakończenie. Sądzę, iż stanowiło jedną z największych zalet tego sezonu, bardzo mnie usatysfakcjonowało i świetnie domknęło historie poszczególnych postaci. Odcinek finałowy wspominam najpozytywniej. Sprawił, że przymknęłam trochę oko na nudniejsze chwile i bardziej infantylne wydarzenia tego sezonu.




Sporą część "Freak Show" stanowią covery znanych przebojów w wykonaniu gwiazd serialu - m. in. Jessici Lange, Evana Petersa. Twórcy przedstawili nam interpretację utworu "Life On Mars?" Davida Bowiego,  "Gods & Monsters" Lany Del Rey, "Come As You Are" Nirwany, "Criminal" Fiony Apple. Najbardziej podobało mi się przejmujące wykonanie Lange, choć i reszta artystów zaśpiewała całkiem nieźle. Mimo wszystko wolałam oprawę muzyczną "Asylum". Plusem były również intrygujące nawiązania do wydarzeń z poprzednich sezonów, rozwinięcie wątku Pepper  oraz jej pochodzenia. 

"American Horror Story: Freak Show" będę wspominać znacznie lepiej, niż "American Horror Story: Sabat". Nie dorównuje jednak sezonowi drugiemu i masakruje czytelnika nadmiarem wątków i bohaterów. Pomimo tego, zostali oni znacznie lepiej dopracowani, niż w "Sabacie". Znacznie więcej tu też grozy, dosadności. Postacie są bardziej wielowymiarowe, barwne, mniej przewidywalne. Dominuje horror, a nie wątki obyczajowe. Aktorzy jak zwykle sprawili się bardzo dobrze, niemniej jednak łatwo zauważyć wtórność granych przez nich ról. Sama koncepcja, scenografia i pomysły twórców nieraz potrafią nieco zaskoczyć oraz zszokować widza, zasługują na uznanie. Historia nie wykorzystała całego potencjału motywu cyrku oraz przydałby się jej jaśniejszy, bardziej wyodrębniony wątek główny, ale mimo to wypadła całkiem dobrze.   


POLECAM: miłośnikom groteskowych horrorów, klaunów, seryjnych morderców, psychopatów oraz odmieńców w serialach, którym nie będzie przeszkadzać obfitość wątków i postaci oraz ich podobieństwo do bohaterów z poprzednich sezonów.

NIE POLECAM:  zwolennikom grozy w lekkim wydaniu, bardzo powolnie budowanego napięcia, nastroju, wszelkim "wrażliwcom", którym przeszkadza makabra i groteska. 
   

Moja ocena:

8/10,        4+


TRAILER:





~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Utwory na dziś:

David Bowie - Life On Mars?

Alien Sex Fiend - Another Planet


  



sobota, 28 marca 2015

Książkowe wymiary na Facebooku!



Sądzę, że czas najwyższy założyć fanpage'a bloga, zwłaszcza, że znaczna część blogosfery już dobrze się tam zadomowiła. Nie chcę być wyjątkiem :-) Będę bardzo wdzięczna za wszelkie polubienia, to dla mnie wspaniała motywacja do pisania, a dla Was - kolejna z najprostszych możliwości śledzenia najnowszych postów, do których linki będę tam zamieszczać - Książkowe wymiary



P.S. W najbliższej notce recenzja czwartego sezonu "American Horror Story" :-)


wtorek, 24 marca 2015

Recenzja: "Sepultura. Brazylijska Furia"

Autor: Jason Korolenko
Tytuł oryginalny: Sepultura
Tłumaczenie: Lesław Haliński
Liczba stron: 276
Cena rynkowa: 45, 90 zł
Wydawnictwo: In Rock
Polska premiera: październik 2014
Opis wydawcy:

Sepultura. Brazylijska furia to historia zespołu, który zaczynał w Belo Horizonte, trzecim co do wielkości mieście w Brazylii, by potem zyskać sławę i uznanie na całym świecie. Autor oraz oddany fan Sepultury, Jason Korolenko, opisuje młodość założycieli grupy, którzy zaczynali przygodę z muzyką w okresie, gdy ich kraj przechodził poważne zmiany społeczno-polityczne i z państwa rządzonego przez dyktaturę wojskową przekształcał się w nowoczesną demokrację. Następnie możemy śledzić zmiany stylu i składu zespołu, przypatrując się zarazem jego niezwykłej międzynarodowej karierze – od debiutanckiego minialbumu „Bestial Devastation”, wydanego w roku 1985, aż po najnowszą płytę: „The Mediator Between Head And Hands Must Be The Heart”. Całość uzupełniają liczne unikatowe zdjęcia oraz szczegółowa dyskografia."



Dźwięk buntu i tradycji

Sepultura, jeden z najpopularniejszych brazylijskich zespołów metalowych, największy rozgłos zdobyła w latach dziewięćdziesiątych, w czasach rozwoju grunge'u, a w związku z tym w dosyć niefortunnej dla metalu dekadzie. Co więcej, wraz z falą największego sukcesu pożegnała się ze swoim frontmanem, Maxem Cavalerą, którego to zastąpił Derrick Green. Doprowadziło to do rozłamu wśród fanów grupy, których to znaczna część, napędzana dodatkowo szumem medialnym wywołanym przez Maxa, przestała śledzić jej najnowsze dokonania. Można dyskutować, czy zmiana składu formacji wpłynęła pozytywnie na jej twórczość oraz kto lepiej sprawdza się tu w roli wokalisty, ale trudno nie docenić wpływu, jaki Sepultura wywarła na rozwój gatunku oraz promocję Brazylii i jej muzycznych tradycji, do których często odnoszą się poszczególne utwory, łącząc tym samym metalową ciężkość z folklorem. Właśnie dzięki tym południowoamerykańskim naleciałościom i związanej z nimi charakterystyczności kolejne płyty muzyków zdobyły międzynarodową popularność, zapewniając im rozpoznawalność i uznanie. Sięgając po "Sepulturę. Brazylijską furię" chciałam poznać szczegółową historię zespołu, jego tras koncertowych, a także przypatrzeć się działaniom, które, pomimo niesprzyjających okoliczności, zapewniły mu takie powodzenie. Co zastałam?

Jason Korolenko, zagorzały fan Sepultury, podzielił biografię na krótkie rozdziały, opisujące poszczególne etapy rozwoju grupy. Swój wywód rozpoczął od nakreślenia czytelnikowi kulturowo-politycznego tła i historii Brazylii sprzed i z okresu dyktatury wojskowej, panującej tam w latach 1964-1985. To właśnie polityczny reżim, w którym dorastali bracia Cavalera przyczynił się pośrednio do wyboru ich muzycznej ścieżki, fascynacji tematami obrazoburczymi oraz prowokujących tekstów, często głoszących treści anty-polityczne i wolnościowe, krytykujących ówczesny system władzy. Nawiązał również do wczesnych rockowych inspiracji założycieli zespołu, ich fascynacji zagraniczną i miejscową sceną thrash-,  black-, death-metalową, historii i okoliczności powstania thrashmetalowej legendy, zdobycia popularności zarówno w samej Brazylii, jak i poza jej granicami, zmian w wizerunku zespołu. Podkreślił wpływy, jakie na twórczość Sepultury miał zewsząd otaczający ją rytm, tradycyjna muzyka południowoamerykańska. Omówił, co miało wpływ na niezwykły sukces muzyków, skąd wziął się ich ogromny zapał do gry i siła przebicia.

Fakty tyczące się rozwoju Sepultury zostały przedstawione chronologicznie. Korolenko rzetelnie streścił i opisał dzieje zespołu zarówno przed, jak i po odejściu Maxa Cavalery. Skupił się jednak na jej działalności muzycznej, omawiając kolejne płyty i koncerty, prawie całkowicie unikając wzmianek o ewentualnych ekscesach i zawirowaniach w życiu prywatnym muzyków. Stworzył krótkie, treściwe, intrygujące kompendium wiedzy o karierze zespołu, pozbawione szczegółowych informacji o nałogach, przygodach z używkami, imprezach, typowych dla rockandrollowego, podróżniczego trybu życia. Nie ma tu zbyt wielu zabawnych anegdotek, czy też długich dywagacji i przypuszczeń odchodzących od tematu. Autor w pasjonujący sposób opisał proces powstawania kolejnych płyt i nawiązał do dzieł kultury, które były inspiracją do ich stworzenia, w tym m. in. do twórczości Kubricka i Dantego.  Podkreślił ogrom pracy, wytrwałości i poświęcenia artystów, jakie wymagała chęć utrzymania się z grania.   Książka jest konkretna, pozbawiona charakteru sensacyjnego, bardzo profesjonalna. Jest to jednak zrozumiałe, gdyż 276 stron to dosyć niewiele miejsca na szczegółowe omówienie ponad trzydziestu lat istnienia grupy. Całość powinna zadowolić każdego odbiorcę zainteresowanego rzetelnym źródłem informacji o Sepulturze i innych metalowych gigantach. 

Znaczną część biografii zajmuje analiza rozłamu w zespole, sprawy tyczące się przyczyn i okoliczności odejścia Maxa Cavalery, po części napędzane przez jego żonę i ówczesną menadżerkę grupy - Glorię. Korolenko jest tu raczej obiektywny, aczkolwiek nieco dokładniej opisuje sprawę z punktu widzenia pozostałych muzyków Sepultury, obarczając większą winą za zaistniały konflikt Maxa i jego małżonkę. Przytacza fragmenty wywiadów i treściwie analizuje powody takiego następstwa zdarzeń. Jego pełen pasji, żwawy, prosty styl wypowiedzi zachęca do przesłuchania omówionych przez niego utworów, również tych stworzonych w ostatnim dwudziestoleciu. 

Książka została bardzo ładnie wydana i prezentuje się naprawdę solidnie. Znacznym plusem jest zamieszczona na końcu dyskografia oraz wydrukowane na grubym papierze wspaniałe, kolorowe zdjęcia z prób, tras koncertowych i nie tylko. 


POLECAM: wszystkim miłośnikom Sepultury i szeroko pojętej muzyki metalowej, którzy szukają ciekawego, treściwego źródła informacji o działalności zespołu i jego muzycznych inspiracji.

NIE POLECAM: wielbicielom biografii o charakterze sensacyjnym, pełnym zabawnych anegdot tyczących się rockandrollowego imprezowania i stylu życia.

        


Moja ocena:

 8 /10,        4+




Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu In Rock






~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Utwory na dziś:

Sepultura - Roots Bloody Roots

Sepultura - Propaganda

Sepultura - Sepulnation






niedziela, 22 lutego 2015

Recenzja: "Gra o tron"

Autor: George R. R. Martin
Tytuł oryginalny: A Game of Thrones
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia (tom 1)
Tłumaczenie: Paweł Kruk
Liczba stron: 778
Cena rynkowa: 49 zł
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Polska premiera: 2003
Opis wydawcy:


"W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy i starzy bogowie.

Zbuntowani władcy na szczęście pokonali szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain, lecz obalony władca pozostawił po sobie potomstwo, równie szalone jak on sam...

Tron objął Robert - najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.

George R.R. Martin jest jednym z najbardziej cenionych pisarzy fantastyki. Pisze wolno i raczej niewiele, aczkolwiek każda jego książka spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem czytelników i krytyki."



Kiedy losem rządzi wola władzy...


"Grę o tron" planowałam przeczytać już od dłuższego czasu. Po zapoznaniu się z dwoma sezonami serialu opartego na cyklu "Pieśń Lodu i Ognia", byłam jednocześnie zaintrygowana i pełna obaw wobec jego literackiego pierwowzoru. Dlaczego? Otóż tak złożona, wielowątkowa i barwna produkcja sama w sobie przepełniona była szczegółami, które nieraz wymagały ode mnie wzmożonej koncentracji na jej treści. Pomimo intrygującej, dosyć wartkiej i wciągającej akcji, ilość zawartych w fabule intryg oraz bohaterów czasem nieco mnie przytłaczała. W całym tym kalejdoskopie charakterów i intryg zdarzały mi się chwilę, kiedy prawie się gubiłam, a przecież była to mocno okrojona wersja świata, który stworzył George R.R. Martin. Przymierzając się do książki spodziewałam się więc, że przynajmniej część jej fragmentów nieco mnie zanudzi. Obawiałam się również, że tak wypracowana historia może być przepełniona bardzo dokładnymi opisami, które zamiast pobudzić moją wyobraźnię po prostu ją styranizują, nie pozwalając na chwilę wytchnienia. Że zamiast dać się porwać opowieści, będę miała trudności z zapamiętaniem i rozróżnianiem poszczególnych postaci, miejsc oraz tyczących się ich sytuacji. Czy moje obawy się potwierdziły? Skąd bierze się niesamowita popularność świata wykreowanego przez Martina?

Opowieść przedstawia nam dzieje rodów fikcyjnej krainy Westeros oraz ich waśni i podstępów mających doprowadzić ich do zdobycia korony. Władca Winterfell - Eddard Stark - zostaje poproszony przez króla Roberta o przyjęcie stanowiska Królewskiego Namiestnika, przez co wkrótce przenosi się do Królewskiej Przystani. Wplątuje się tym w świat politycznych intryg i spisków oraz naraża swoją rodzinę na wielkie niebezpieczeństwo. Jego syn - Bran - odkrywa tajemnicę, która zmienia jego dotychczasowe życie. W podobnym czasie Daenerys Targaryen poślubia barbarzyńcę - Khala Drogo - wodza wojowniczych koczowników z Essos (Dothraków). Jej brat - Viserys - nieustannie próbuje odzyskać kontrolę nad Żelaznym Tronem, utraconym przez ich zmarłego ojca. Żądza władzy przyprawia go niemal o szaleństwo. Sprawia, że zaczyna znęcać się nad swoją siostrą. Nie zwraca uwagi na panujące wśród Dothraków zasady. Łamie je, ignoruje, narażając się na kpiny i gniew tamtejszej ludności. Jaki los czeka Królewskiego Namiestnika i jego dzieci? Jak Daenerys poradzi sobie w roli żony bezwzględnego wojownika? Do czego posunie się Viserys? Jeżeli intryguje was historia królewskich rodzin, pełna pasji, krwi, walki i politycznych podstępów - sięgnijcie po "Grę o tron".

George R.R. Martin stworzył epicką, realistyczną powieść fantasy, w której główną rolę odgrywa ludzka natura, a nie magia czy też baśniowe kreatury, choć elementów typowo fantastycznych również tu nie zabrakło. Wykreował świat rządzący się prawami przypominającymi średniowiecze, zazwyczaj z feudalnym systemem władzy. Surowy, brutalny, pełen niesprawiedliwości, przemocy, ale też braterstwa, romansów, poświęcenia w imię idei. Praktycznie nie ma tu jednoznacznego podziału na dobro i zło. Postacie są wielowymiarowe, często przechodzą dynamiczną przemianę, co sprawia, że ich losy nieraz śledzi się z wypiekami na twarzy. Wiele z nich swoją odwagą czy też nietuzinkowym, buntowniczym podejściem do życia zdobywa sympatię odbiorcy i zaskakuje niekonwencjonalnymi pomysłami. Trzecioosobowa narracja naprzemiennie przedstawia wydarzenia i emocje ośmiu bohaterów, a więc czytelnik ma okazję spojrzeć na konflikt z kilku różnych perspektyw, a także poznać tajemnice, problemy i odczucia każdego z nich. Ma to swoje plusy i minusy - z jednej strony przedstawiona nam historia jest dzięki temu bardziej barwna, złożona i intrygująca, z drugiej - łatwiej się w niej pogubić, do każdej zmiany perspektywy trzeba się też przyzwyczaić i ciężej skojarzyć związane z poszczególną osobą fakty, omówione często kilka dłuższych, wnoszących do fabuły sporo nowych wydarzeń oraz niejasności, rozdziałów wcześniej. Martin zrezygnował z budowania żmudnych, precyzyjnych opisów otoczenia, książkę czyta się więc w miarę lekko, a akcja wciąga, bo pozbawiona jest przydługich przerywników. Co prawda zdarzają się tu nudniejsze momenty i niepotrzebne, trochę zbyt szczegółowe określenia wyglądu i zachowania poszczególnych osób, ale nie jest ich dużo, zwłaszcza jak na pozycję o takiej objętości.  

Ośmiu bohaterów pierwszoplanowych to bardzo różnorodna i ciekawa mieszanka osobowości. Znajdziemy tu zarówno dzieci, księżniczki, władców, jak i członka Nocnej Straży - organizacji wojskowej, której celem jest obrona granicy Siedmiu Królestw przed ludźmi za Murem. Niektórych z nich cechuje młodzieńcza naiwność, innych podstęp, honor, życiowa mądrość czy też specyficzne poczucie humoru. Spotkamy się z sarkastycznym karłem - Tyrionem Lannisterem, przezwyciężającą trudności, wytrwałą, dorastającą Daenerys Targaryen, łatwowierną Aryą Stark i wieloma innymi złożonymi charakterami. Mają zróżnicowany system wartości, trudno doszukać się pomiędzy nimi większego podobieństwa. Również postacie poboczne intrygują swoją zagadkowością i życiowymi doświadczeniami. Autor jest niemalże mistrzem w tworzeniu zgrai oryginalnych, złożonych psychologicznie postaci. Wykazuje się również biegłością w tworzeniu indywidualności, które ewoluują i uczą się na błędach. Osobiście najbardziej polubiłam Daenerys - ze względu na jej przemianę, Tyriona - przez jego żarty, szczerość i sposób bycia oraz młodziutką Aryę - ujęła mnie jej zadziorna natura. Odrobinę nudziła mnie statyczna, łatwowierna Sansa i poważna Catelyn. 

Akcja powieści toczy się dosyć niespiesznym rytmem, ze względu na ilość przemyśleń poszczególnych bohaterów, powolnie snutych przez nich intryg, politycznych planów oraz wątków pobocznych, ale nie znaczy to wcale, że nie wciąga. Nie brak tu drastycznych, brutalnych scen, walk, romansów, morderstw i "prania brudów". Dialogi są barwne, czasem zabawne, sprawnie poprowadzone. Historia jest pełna życia, niespodzianek, chwilami po prostu nie można się od niej oderwać, tętni intensywnością i wiarygodnością. Choć jej zawiłość może zrazić do siebie odbiorcę poszukującego lekkiej, baśniowej rozrywki, to każdy nieco bardziej wymagający czytelnik powinien znaleźć tu coś dla siebie. Poszczególne wydarzenia mają miejsce równocześnie na zachodzie i za Wielkim Morzem, bywają nieprzewidywalne, a zakończenie pozostawia niedosyt, zachęcając tym samym do sięgnięcia po kolejny tom serii. Książka posiada surowy klimat i nie pozostawia odbiorcy obojętnym.

"Gra o tron" to obiecujący początek "Pieśni Lodu i Ognia", który całkowicie zasłużył na ekranizację. Wielowątkowość, obfitość intrygujących, wielowymiarowych bohaterów powieści zasługuje na uwagę i uznanie. Książka emanuje surowym klimatem, a jej postacie są realistyczne, barwne, dają się polubić i na długo zapadają w pamięć. Choć złożoność i brutalność świata wykreowanego przez Martina może zrazić do siebie bardziej wrażliwego odbiorcę, mnie osobiście cechy te oczarowały i sprawiły, że chętnie zapoznam się również z dalszymi częściami cyklu.


POLECAM:   miłośnikom realistycznych, złożonych, epickich powieści fantasy, którzy chcą zanurzyć się w świat pełen zbrodni, intryg, systemów politycznych, wielbicielom książek, których akcja toczy się w realiach przypominających średniowiecze.

NIE POLECAM: czytelnikom poszukującym lekkiej, nieskomplikowanej lektury, pełnej typowo fantastycznych elementów.



Moja ocena:

8,5 /10,        5



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Utwory na dziś:

                                        Dragonforce - Through the Fire and Flames (power metal)


Omnia - Morrigan (paganfolk)






sobota, 10 stycznia 2015

Wymiar filmu: "Pachnidło: Historia mordercy"

Tytuł oryginalny: Perfume: The Story of a Murderer 
Scenariusz: Andrew Birkin, Bernd Eichinger, Tom Tykwer 
Reżyseria: Tom Tykwer 
Gatunek: dramat/thriller
Muzyka: Reinhold Heil, Johnny Klimek, Tom Tykwer
Polska premiera: 2007
Kraj produkcji: Francja, Hiszpania, Niemcy
Obsada: Ben Whishaw, Dustin Hoffman, Alan Rickman, John Hurt, Rachel Hurd-Wood, Alba Fer, Corinna Harfouch, Carlos Gramaje i inni
Opis:

"W XVIII-wiecznym Paryżu przychodzi na świat nieślubne dziecko handlarki rybami, Jean-Baptiste Grenouille. Wkrótce okazuje się, że chłopiec obdarzony jest genialnym węchem. Gdy dorasta, zostaje uczniem znanego perfumiarza Baldiniego i pod jego szyldem tworzy zapachy, które podbijają serca paryskich dam. To mu jednak nie wystarcza. Grenouille chce skomponować perfumy, którego najcenniejszym i najbardziej wyjątkowym składnikiem jest woń dziewczęcego ciała. Opętany tą myślą zaczyna polować na młode kobiety"


Zapach życia


Uwielbiam tematykę psychozy, izolacji, szaleństwa, skrajności, ekstrawagancji, inności w kulturze. Jednocześnie są to na tyle wyeksploatowane w filmie motywy, że coraz rzadziej mnie poruszają, bo mam wobec nich dosyć wysokie wymagania. Do zapoznania się z adaptacją powieści Patricka Süskinda zachęciła mnie zarówno możliwość przeniesienia się na chwilę w wizję nastrojowego, XVIII-wiecznego Paryża, jak i przychylne opinie ze strony znajomych oraz intrygujący opis, zapowiadający historię opartą na kontraście pomiędzy wrodzoną niezwykłością, a nieszczęściem i pochodzeniem głównego bohatera. Nie ukrywam też, że sam zwiastun "Pachnidła" wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie i sprawił, że moje zaciekawienie tym dziełem sięgnęło zenitu. Ostatecznie zrobiłam dla niego wyjątek i dałam mu szansę jeszcze przed zapoznaniem się z samą książką, co zdarza mi się nad wyraz rzadko. Czy było warto? Jak dzieło Tykwera wypada na tle innych produkcji o podobnej tematyce? Co przyczyniło się do popularności tego obrazu?



Opowieść rozpoczyna się pewnego dnia we Francji. Już w pierwszych godzinach swojego życia Jean Baptiste Grenouille staje się powodem śmierci własnej matki i zaczyna prześladować go samotność. Jest skazany na niezrozumienie, ludzie boją się go od dzieciństwa. Wszystko dlatego, że postrzega rzeczywistość w sposób odmienny od reszty paryżan. Posiada dar, który wkrótce staje się jego przekleństwem. Wyczulony zmysł węchu zaczyna kierować jego postępowaniem, całkowicie go pochłania. Stanowi sens jego istnienia. Zawładnięty wizją wykreowania zapachu doskonałego, bez zdolności do odczuwania normalnych emocji, zatraca się w szaleństwie swoich umiejętności. Nie ma skrupułów. Wkrótce dopuszcza się pierwszego morderstwa, które pociąga za sobą kolejne, coraz sprytniejsze zbrodnie. Wymyka się sprawiedliwości, za nic mając cierpienie, ból i nieszczęście swoich ofiar oraz ich rodzin. Działa jak fatum, praktycznie niewykrywalny przez otoczenie. Ambicja i chęć dopięcia celu skłaniają go do podróży, szpiegostwa, perfumiarskich eksperymentów, ryzykowania utratą własnej wolności i życia. Jaką moc może mieć woń idealna? Do czego posunie się Grenouille, by odnaleźć wszystkie składniki perfum? Gdzie i w jaki sposób zakończy się jego historia? Jeżeli macie ochotę poznać odpowiedzi na te pytania i na chwilę zanurzyć się w historię obłędu "mordercy-nadczłowieka" - obejrzyjcie "Pachnidło". 



"Pachnidło: Historia mordercy" jest filmem o geniuszu, zabójcy, samotności, izolacji, ludzkiej znieczulicy, podejmującym próbę ukazania odbiorcy rzeczywistości z perspektywy wrażeń zapachowych. To dzieło niezwykle synestezyjne i naturalistyczne, epatujące brudem, biedą, ale nieszczędzące też widzowi scen pełnych piękna, bogactwa i przepychu oraz ukazujące kontrast pomiędzy nimi w sposób dość elegancki i subtelny. Zwraca uwagę na przekrój ówczesnych warstw społecznych, różnic w ich funkcjonowaniu oraz mentalności. Wszechobecny zapach jest w nim niemal odczuwalny przez odbiorcę. Dążenie do bycia kochanym, akceptowanym i przystosowanym do życia z innymi ludźmi zostaje tu przeniesione na chęć odnalezienia jego sensu dzięki pogoni za perfekcyjnymi perfumami. Tragizm głównego bohatera jest przejmujący. Sprawia, że pomimo jego obsesji i zbrodniom da się mu współczuć. Woń staje się tu praktycznie symbolem pasji, pożądania, dobroci, miłości, których nie doświadczył i nie potrafi doznać Grenouille. Stanowi dla niego zastępnik wszystkiego, czego nie był w stanie zaznać. To także historia o poświęcaniu się dla idei i łamaniu konwenansów, konsekwencjach wykluczenia ze społeczeństwa, bycia nieprzystosowanym do nawiązywania relacji z innymi ludźmi, braku tolerancji dla inności. Ekranizacja urzeka piękną, XVIII-wieczną scenografią, kostiumami, zdjęciami, klimatem, intrygującą ścieżką dźwiękową. Jest zmysłowa i  bardzo nastrojowa. Obecność narratora nie przeszkadza i dodaje produkcji charakteru.



Jean Baptiste Grenouille to świetnie wykreowana psychologicznie postać. Wzbudza w odbiorcy zarówno współczucie oraz litość, jak i zgorszenie, czy też nienawiść i odrazę. Od samego początku seansu poniekąd badamy przyczynę jego szaleństwa, zbrodni i niezwykłości, co pozwala nam spojrzeć na jego późniejsze działania z szerszej perspektywy. Jego żądza mordu nie wynika z wewnętrznego zła, a z braku jakiegokolwiek przystosowania do życia w społeczeństwie, czucia, sumienia, poczucia zwykłej moralności. Zapach kieruje jego czynami dlatego, że nikt nigdy nie nauczył go panować nad swoimi instynktami, funkcjonować zgodnie z kodeksem moralnym, praktycznie wszyscy ludzie się go bali. Pod pewnymi względami po prostu nie rozwinął w sobie człowieczeństwa, pozostał zwierzęciem, kierowanym przez jedyną towarzyszącą mu od lat przyjemność - piękny zapach i kompletnie się w tym zatracił. Co ciekawe, z czasem widać, że Grenouille podświadomie dąży do bycia podziwianym i akceptowanym, ale kompletnie nie umie tej chęci wyrazić i sam prawdopodobnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Widać to zwłaszcza w specyficznej, kontrowersyjnej, trochę patetycznej końcowej scenie filmu. W swojej obsesji jest ambitny, podstępny, zdecydowany, bezwzględny, przez co wymyka się sprawiedliwości i stopniowo pnie się do celu. Ben Whishaw w tej roli wypada bardzo dobrze, choć nie powiedziałabym, że fantastycznie. Miałam wrażenie, że jego twarz przez większość fabuły była odrobinę za mało ekspresyjna.

Postacie drugoplanowe są znacznie mniej rozbudowane charakterologicznie niż Grenouille. Tu najlepiej sprawdził się w moim odczuciu Alan Rickman, odtwórca ojca jednej z ofiar. Jego gra aktorska najbardziej przykuła moją uwagę, choć i Dustin Hoffman w roli perfumiarza Baldiniego, "nauczyciela" mordercy, prezentuje się bardzo dobrze. Bardzo podobają mi się również bohaterowie epizodyczni, zwłaszcza Ci wywodzący się z biedoty oraz ukazanie skrajnych różnic pomiędzy postępowaniem i standardem życia reprezentantów odmiennych stanów społecznych.



Akcja "Pachnidła" opiera się głównie na zbrodniach i sposobach przygotowywania się do nich przez Grenouille'a. Często przypominają one zabawę w kotka i myszkę, jakie prowadzi morderca ze swoimi przyszłymi ofiarami. Toczy się rytmem, który umożliwia odbiorcy jednoczesne wciągnięcie się w historię i znalezienie chwili na dłuższą refleksję nad jej treścią. Bardzo podobały mi się ujęcia, kiedy kamera szybko przenosiła się z jednego źródła zapachu na inny, gdyż doskonale podkreślały w ten sposób intensywność oraz mnogość bodźców, które niemal ze wszystkich stron "atakowały" mordercę. To moim zdaniem jeden z największych plusów całego filmu, zdecydowanie wyróżniający go spośród dzieł podejmujących podobną tematykę. Nie ukrywam też, że i zakończenie opowieści, choć nieco obrazoburcze oraz przejaskrawione, bardzo mi się podobało i nieco zmieniło mój początkowy odbiór jej treści.

"Pachnidło: Historia mordercy" to piękny, tragiczny obraz obsesji, pasji i alienacji. Wszechogarniającą zbrodniarza woń ukazano w tak genialny sposób, że niemal się ją odczuwa. Choć fabuła nieraz staje się nieco schematyczna oraz patetyczna, wciąga i emanuje niezwykłym klimatem. Jej naturalizm może zrazić bardziej wrażliwych odbiorców, podobnie jak i nieco groteskowe zakończenie historii, ale te cechy w ogóle mi nie przeszkadzały. Z całą pewnością powrócę do tego dzieła w niedalekiej przyszłości.


POLECAM: miłośnikom tragicznych, klimatycznych filmów, historii o seryjnych mordercach, chcącym zatracić się w obrazie przypominającym nieco brutalną, melancholijną baśń.

NIE POLECAM:  osobom wrażliwym na filmowy patos, groteskę, przejaskrawienie, naturalizm i treści obrazoburcze.



Moja ocena:

9/10,     5



TRAILER:

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Utwory na dziś:

Lynyrd Skynyrd - That Smell (southern rock) 


Billie Holiday - Strange fruit (blues)

Radiohead - Creep (rock alternatywny)

****************
Witam Was po kolejnej przerwie! :-)

Powracam z recenzją filmu i tłumaczę się ze swojej nieobecności. Jak zapewne większość z Was mogła już zauważyć, często robię sobie takie tymczasowe "urlopy" od recenzowania. Mam swoje priorytety, które nieco utrudniają mi czasami znalezienie chwili i chęci na dodawanie kolejnych postów w bardziej regularnych odstępach czasu, ale nie znaczy to, że Was nie doceniam i za Wami nie tęsknię. Uwielbiam dla Was pisać :-) Tym razem postanowiłam jednak sprawdzić się po drugiej stronie barykady - mianowicie nie krytyka, a twórcy. Nigdy nie widziałam siebie w roli autorki, ale traf chciał, że zaraz po napisaniu matury natknęłam się na ciekawy konkurs literacki, organizowany przez śledzoną przeze mnie stronkę o szeroko pojętej grozie. Zdecydowałam się więc spróbować swoich sił i osiągnęłam w tej materii maleńki sukces, dzięki któremu w sierpniu zadebiutowałam w internecie swoim pierwszym opowiadaniem - humorystyczym, neosurrealistycznym horrorem. To zmotywowało mnie do dalszego pisania. Stąd też od dnia dzisiejszego na blogu funkcjonuje nowa zakładka, w której będę umieszczać linki do mojej twórczości oraz wszystkiego, co będzie z nią związane. Czekam na Wasze ewentualne opinie i uwagi, ale ostrzegam, że lubię makabrę i  są to opowieści dla ludzi o raczej mocniejszych nerwach i żołądkach. Jeśli jednak lubicie literacki czarny humor, groteskę, potworności i brutalność - zachęcam do zapoznania się z moją twórczością :-)